Wietnam Laos Tajlandia 2017

18.10.2017  Przygotowania

Przygotowania, a raczej ich brak…
Cały plan, który sobie obmyśliliśmy, legł w gruzach po zeszłotygodniowej powodzi w okolicach Hanoi.
Pogoda niestety jest nieprzewidywalna, więc wszystko zależy od warunków jakie zastaniemy na miejscu.
Planowaliśmy trasę: Warszawa – Hanoi – Hạ Long – Ninh Bình – Sa Pa – Louangphrabang ( z kilkoma przystankami po drodze) – Wientian – Bangkok – Koh Samui – Koh Phangan – Bangkok – Warszawa.
Na razie wiemy tyle, że lecimy do Ha Noi.
Może czasem lepiej nie mieć planu 🙂

Lecimy!


19.10.2017 Baaardzooo długi dzień

Niby 24h , ale na prawdę nigdy nie były dłuższe.Złożone z czekania, latania, latania , czekania

itd…
Bilety kupiliśmy w za ok. 1850 PLN :Warszawa-Hanoi , Bangkok -Warszawa. Qatar Airways to jedna z lepszych linii lotniczych na świecie i faktycznie jeśli chodzi o loty, to nie ma się do czego przyczepić.Mimo, że mieliśmy dosyć krótki czas na przesiadki w Doha ( 55 min – jest to spokojnie do zrobienia, ponieważ organizacja na lotnisku była znakomita ). Niestety nasz przesiadkowy lot był opóźniony, ale i w tej sytuacji przewoźnik sobie poradził ( część osób, przez opóźnienie miała nie zdążyć na kolejny lot z Hanoi do Ho Chi Minh dostali bilety na bezpośredni lot z Hanoi do Ho Chi Minh ) Nas przekierowali na lot Thai Airways 2h później. Jedyna rzecz, do której faktycznie można się przyczepić to napoje w wersji mini i ilości mini.Przez 12 h lotu dostaliśmy może 400 ml soków/wody / napojów. Masakra. Tajskie linie lotnicze, to już zupełnie inna bajka. Totalny brak organizacji.Urządzili Check-In, obwieźli nas po płycie lotniska i z powrotem, a na koniec dostaliśmy informację , że samolot jest zepsuty i musimy czekać. 15 min. Później okazało się że samolot jest “ok” i lecimy.
Wiadomo co wszyscy sobie myśleli o takiej 15 min naprawie… Sporo stresu nas to kosztowało, zważywszy na to ,że maszyna nie była pierwszej młodości.Taki PKS do Grójca.
No, ale udało się , jesteśmy.
Azja zachwyca nas za każdym razem i tym razem, też tak jest. Pierwsze kroki kierujemy do hotelu (hostelu) Discovery II ,który rezerwowaliśmy przez internet, kosztował nas 34€ za 2 noclegi ze śniadaniem.
Zupa Pho była naszym celem na dzisiejszy wieczór, którego już nie wiele zostało, wiec wybraliśmy pierwszy lepszy bar w centrum i absolutnie nie żałujemy. Zupa Pho, chyba wszędzie smakuje dobrze. ( ok 7 PLN i 2 osoby spokojnie się najadły).

Najlepsza zupa Pho długim locie 😛


20.10.2017 Hanoi

Dobra rada dla wszystkich którzy rezerwują hotel ze śniadaniem. Jeśli lot trwa cały dzień i całą noc, to i tak się na to śniadanie nie wstanie.
Oczywiście dopadł nas jet lag i zwiedzanie Ha Noi zaczęliśmy o 10:30. Najpierw udaliśmy się do biura zarezerwować 2 dniowy rejs po Ha Long Bay. Ceny z cenników nie wiele mają wspólnego z rzeczywistością. Spokojnie można się targować, ale najlepiej, po wysłuchaniu tego co osoba sprzedająca wycieczkę ma do powiedzenia, pokręcić trochę nosem i podać cenę jaką chce się zapłacić. Na pewno coś się znajdzie.
Następnie, głód skierował nas do pobliskiej restauracji. Wietnamskie pyszności i tym razem nie zawiodły, 30 000 dongów za 1 danie, czyli ok. 5 PLN.
Po śniadaniu poszliśmy kupić bilety do miejscowości Sa Pa, na stację kolejową, tam ceny są chyba najniższe. (530 000- ok. 80 PLN za 2 bilety) .Dla Tomka :szczury są wszędzie, ale w takim pozytywnym sensie, przez Wietnamczyków traktowane jak u nas gołębie (Pani sprzedająca bilety, zanim usiadła do komputera zrzuciła jednego z klawiatury, dosłownie…..).
Wietnam przywitał nas bardzo serdecznie, Wietnamczycy są chyba najbardziej uśmiechniętym narodem na świecie. Bardzo zaskoczyło nas to, że ogólnie znany jest fakt o kulinarnych upodobaniach Wietnamczyków do zwierzaków domowych, jednak mimo wszystko, wielu z nich posiada takowego pupila i psiaki wcale nie wyglądają jak dodatek do makaronu ryżowego.
Mam tu na myśli to, ze psy są rasowe, zadbane , często na smyczach i w obróżkach.
Wieczorem trafiliśmy na nocny bazar, wrażenie takie, jak byśmy byli na stadionie 10 -lecia w Warszawie, tylko w nocy- super!!! Bazarowe jedzenie jest pyszne i nie drogie,warto próbować, można trafić np. na szaszłyki z boczkiem (10 000) i sushi , o dziwo z majonezem i ketchupem….( 30 000), sok z trzciny cukrowej (10 000).
Spring rolls, czyli sajgonki na surowo :45 000 dongów (ok.7 PLN). Wymiana szkła w telefonie razem ( jupi!!!) 50 000 dongów (ok. 8 PLN).
Czujemy się jak milionerzy 🙂

Do biegu, gotowi, start!


21.10.2017 Ha Long

Przed podróżą zawsze staramy się znaleźć jak najwięcej informacji o miejscu do którego zmierzamy, tym razem, też tak było. Z wielką determinacją szukaliśmy zdjęć z zatoki Ha Long na których nie ma 100% zachmurzenia , mgły i deszczu. Straciliśmy nadzieję…..ale, jak widać nie należy się poddawać, nie tylko na folderach zatoka Ha Long wygląda jak z obrazka.Trafiliśmy na okienko pogodowe i przez większość dnia na niebie nie było ani jednej chmurki.
Jak jak się spodziewaliśmy, wycieczki wyglądają prawie identycznie, nie zależnie od poniesionych kosztów. Większość statków wygląda tak samo, a te “lepsze” są nie wiele lepsze (przynajmniej z zewnątrz).
My mamy pokój z łazienką, klimatyzacją i chyba nic więcej nie potrzeba do beztroskiego spędzenia czasu w zatoce. (Każdy uczestnik wyprawy korzystał z innego biura turystycznego i w zależności od umiejętności targowania, zapłacił od 80-120 $ za tą samą wycieczkę. Przydało się doświadczenie zdobyte na bazarach w czasach PRL, nasza cena: 80$, choć myślimy, że można spokojnie zejść do 65$).Wyprawa składa się z mniej sympatycznej części lądowej( ok 170 km – 4 h jazdy w jedną stronę) i części wodnej, o wiele ciekawszej.
Zatoka Ha Long to jedno z najpiękniejszych miejsc w jakich byliśmy. Wydaje nam się, że niezależnie od pogody widoki są obłędne.
Zaczynamy od jaskini ( jeśli traficie na fajnego przewodnika to ok , ale gdybyście zwiedzali jaskinię na własną rękę, to w porównaniu do standardowych jaskiń, jest jak to mówią Azjaci:” same same, but diferend 🙂 W Europie można znaleźć ciekawsze jaskinie, chociażby Skocjan Cave (nasza ulubiona) z niesamowitym kanionem rzeki wewnątrz. Następnie, punkt widokowy, obowiązkowy “must see ” w zatoce. Prawdopodobnie, jedna z lepszych atrakcji wyprawy.
Wieczór spędzamy na integracji z współtowarzyszami podróży.
Jutro czeka nas pływanie kajakami po zatoce i podziwianie wschodu słońca ,więc trzeba się wyspać. Dobranoc.

Ha Long


Widok na Zatokę Ha Long


Zatoka Ha Long


22.10.2017 Ha Long

Dziś kontynuujemy naszą wycieczkę po zatoce Ha Long. Wstaliśmy wcześnie żeby zobaczyć wschód słońca. Pogoda jest gorsza niż wczoraj, chmury zakrywają prawie całe niebo, ale słońce się przez nie przebija i jest ciepło. Właściwie to nawet lepiej, bo rano w planach mieliśmy pływanie po zatoce ,które okazało się fantastyczną rozrywką. Nie tylko pływa się po otwartej wodzie, ale również można poruszać się miedzy skalnymi labiryntami.
Po powrocie na statek mieliśmy lekcje “gotowania”, a właściwie zawijania sajgonek.
Droga powrotna do Hanoi, dłużyła nam się niesamowicie. Przede wszystkim ze względu na środek transportu, zupełnie nienadający się do użytku ludzi którzy mają więcej niż 1.7 m. Siedzenia zlokalizowane w okolicy nadkola nie posiadają w ogóle miejsca na nogi. Reszta jest nie wiele lepsza. Tak więc, powykręcani w “chińskie osiem” ( właściwie wietnamskie) dotarliśmy na stację skąd mamy pociąg do Lao Cai.
(Na stacji zjedliśmy lody z kukurydzą- całkiem smaczne)

Zatoka Lądującego Smoka z perspektywy kajaka.


23.10.2017 Sa Pa

Nocny pociąg do Sa Pa, to wygodny transpotr, pod warunkiem, że nie przesadzi się z oszczędnościami .Jest kilka opcji : Hard seat- drewniane siedzenia, soft seat- nie drewniane 🙂 I to samo z sleeperami. My wybraliśmy najtańszą sypialnią opcję , czyli “hard sleeper “(530 000 vnd ok.85 PLN za 2 osoby.)
Jeśli ktoś lubi spać na desce z 2cm. gąbką , to jest to transport stworzony dla niego. 100.000 vnd więcej i cieszyli byśmy się mięciutkimi materacami, no ale cóż…..mądry Polak po szkodzie. Tym razem na dobranoc życzyliśmy sobie smacznego, ponieważ ciekawski karaluch zajrzał nam do przedziału ( myślę ,że nie zależnie od twardości spania/siedzenia w całej Azji jest ich pełno, trzeba się przyzwyczaić.)
Dotarliśmy do Lao Cai o 6 rano. Są tu 2 opcje taniego transportu. Bus do Sa Pa ,można zarezerwować u konduktora w pociągu za 50 000 vnd (8 PLN), lub autobus 28 000 vnd. ( 4.5 PLN)
Sa Pa to bardo sympatyczny mix Zakopanego z Ciechocinkiem.
Pogoda jest do d….., deszcz leje, mgła taka, że nie nic za oknem nie widać, widoczność na ok. 100 m. Jutro, podobno ma być lepiej i bardzo na to liczymy, bo chcieliśmy wynająć skuter i choć trochę skorzystać z górskich widoków.
Dzisiejszy dzień spędzamy na leniuchowaniu i objadaniu się lokalnymi specjałami.
Barową pogodę też trzeba wykorzystać. Jedzenie jest pyszne.Ryż z wieprzowiną (1 porcja była taka wielka że ,2 głodne osoby się najedzą- 8 PLN, tyle samo kosztował makaron z kurczakiem – bardzo smaczny) wietnamska kawa z mlekiem skondensowanym przypadły nam do gustu najbardziej , kupiliśmy też wyjątkowo śmierdzące ciasteczka z durianem.( Pyszne, każde zapakowane osobno, ale trzeba zjeść wszystkie na raz, bo durianowy smród zostaje w pokoju na długo….)

Deszczowa Sa Pa


24.10.2017 Sa Pa – pa pa

Niestety prognozy pogody nie sprawdziły się tym razem , dzisiejszy dzień okazał się tak samo deszczowy, jak wczorajszy. Co prawda mgła się trochę zmniejszyła i nawet myśleliśmy ,że może jednak uda się nam wyprawa skuterowa , ale niestety rozsądek wygrał.
Postanowiliśmy zwiedzić Sa Pa na piechotę. Nie uśmiechało się nam jeżdżenie taksówkami, więc nie mieliśmy zbyt wielu alternatyw. Spacer umialały nam co chwilę zagadujące nas wietnamki z górskich plemion Homongów, zapraszając do swoich wiosek , oferując różne lokalne wyroby.
Strasznie uparte w przekonywaniu do swojej oferty, ale jednocześnie sympatyczne i uśmiechnięte, naprawdę ciężko im odmówić. Może nawet byśmy dali się skusić na wyprawę do wioski przeuroczej pani Vu ,ale droga którą przewodniczki prowadziły turystów, była nie utwardzona, gliniasta, a po deszczu ( podobno padało od 2 miesięcy), sięgała po kostkę.
Odbyliśmy honorową rundkę po górnej części tarasów ryżowych, wykonując przeróżne akrobacje by uniknąć upadku.Utaplani w błocie (mieliśmy je na całych butach , na spodniach po kolana i gdzieniegdzie na górnej części odzieży i nawet na twarzy) zawróciliśmy do miasteczka. Mimo kiepskiej aury, co jakiś czas z mgły wyłaniały się malownicze widoki, mogliśmy wtedy wyobrazić sobie jak pięknie musi tu być podczas słonecznej pogody.
Z bólem serca , a także kręgosłupa, bo hotelik ( Asian Hotel) który wynajęliśmy, nie odbiegał standardem od pociągowego “hard sleepera” -9$ za noc 2 osoby ze śniadaniem i pięknym widokiem za oknem, gdyby nie mgła, postanowiliśmy zrezygnować z kolejnego dnia w Sa Pa i nocnym busem, udać się do Louangphrabang w Laosie. Bilety załatwiliśmy w biurze turystycznym w centrum, kosztowały nas ok. 70$ za 2 osoby ( dokladnie 250 000 wnd Sa Pa – Dien Bien Phu, Dien Bien Phu -Louangphrabang 520 000 wnd ) Bus odjeżdża codziennie z dworca o 19. Czujemy, że trochę przepłaciliśmy, ale woleliśmy czas który pozostał nam w Są Pa spożytkować na ciekawsze rzeczy niż szukanie transportu .
Na ostatni wietnamski posiłek udaliśmy się tuż przed wyjazdem. Wielkie było nasze zdziwienie kiedy okazało się , że szefem kuchni restauracji którą wybraliśmy (Anise Resteurant), jest Polak – Piotrek. I o dziwo zjedliśmy tam najlepsze sajgonki, jakie udało się nam zjeść do tej pory w Azji, gorąco polecamy. Dowiedzieliśmy sie też że, za rok bierze ślub z dziewczyną z wioski Ta Van i tam planuje otworzyć swój interes (trzymamy mocno kciuki:-) )
Tak więc teraz siedzimy/ leżymy w fikuśnum autobusie z dyskotekowym oświetleniem, pod głośnikiem z którego lecą wietnamskie kołysanki, zmierzając w stronę lepszej pogody.

Coś tam niby widać -Tarasy ryżowe Sa Pa


Kawa po wietnamsku i wietnamskie piwko, na rozgrzanie 🙂


25.10.2017 Laos- Granica…..wytrzymałości

Wrażenia na bieżąco z autobusu Sa Pa -Dien Bien Phu.
Jest w miarę wygodnie. W pozycji pół leżącej, niestety trochę mało miejsca na nogi. Lepiej wybrać miejsca na dole, ale Azjaci też to wiedzą , a że nie jest to pierwszy przystanek, (pierwszy to Lao Cai) zostają dla nas same górne. Po jednej stronie pojedyncze, po drugiej podwójne. Wybraliśmy podwójne, Rafał od okna ,ja od przejścia. Rafał śpi jaka niemowlak, ja mam kino 4D z efektami specjalnymi ( widzę górską drogę wijącą się serpentynami, na dodatek od góry. Klimatyzacja wieje mi prosto oko, a z głośnika tuż nad głową słychać wietnamskie hity).
Kierowca autobusu doskonale dostosowuje prędkość do jakości dróg, trasa nie wydaje się niebezpieczna, czego się obawialiśmy.
Wnioski: dolne siedzenia i szybki sen, kluczem do udanego transportu do Dien Bien Phu.
Na miejsce dotarliśmy ok.5 rano i zmieniliśmy bus na mniejszy, 3h czekaliśmy aż się zapełni ………i to nie tylko ludźmi.
Na stacji dołączyły do nas 3 materace typu ” hard sleeper”, parę worków ryżu i kilka niezidentyfikowanych pudeł, robot kuchenny i inne drobne agd, oraz żywe króliki w klatkach.
Myśleliśmy, że to już koniec, okazało się jednak, że po drodze zatrzymywaliśmy się w każdej napotkanej wiosce i ładowaliśmy kolejne towary.
Kiedy nie było już więcej miejsca dotarliśmy na granicę (ok. 9:00 AM)
Granica Laotańska wylądowała wysoko w rankingu niedorzecznych granic, na których byliśmy, tuż za granią Syryjską. Naliczyliśmy aż 7 okienek do których trzeba podejść i za coś zapłacić.
Najpierw okienko ze zdjęciem , jak nie masz to 5$, potem dostaje się kwestionariusz do wypełnienia, pomoc w wypełnieniu 1$ -kolejne okienko. Okienko nr 3 opłata za wizę 30$, następne wklejają wizę i płacimy znowu jakiś dziwny podatek 3$, kolejne, to już nr. 5- celnik sprawdza wizę – 2$ zupełnie nie wiemy za co, następne okienko-znowu 2$ i ostatnie okienko z badaniem temperatury, czyli 1$ mniej w portfelu.
Finalnie za wizę zapłaciliśmy 38$.
Ok. 1h formalności i jesteśmy w Laosie. W Louangphrabang mieliśmy być na 17, docieramy tam jednak dopiero o 21 bo, jak się pewnie domyślacie, towary zbierane w Wietnamie, miały swoich odbiorców w Laosie…….

Laos!!!


26.10.2017 Louangphrabang

Laos przywitał nas ponad 30 stopniowym upałem i mięciutkim łóżkiem. To miła odmiana po spaniu na “desce” i mieszkaniu w zimnej wilgotnej chmurze.
W miarę szybko udało się nam zorganizować miejsce do spania, (P. P Guesthouse – 18 $ za pokój z klimatyzacją pysznym śniadaniem i wliczonymi w cenę rowerami) Drogo, ale nie mieliśmy już siły, po trwającym 26 godzin rajdzie Wietnam -Laos. Marzyliśmy tylko o zrzuceniu plecaków, napełnieniu brzuszków i odpoczynku. I o ile pierwsza część poszła nam szybko, to reszta okazała się wcale nie taka prosta. W Laosie po godzinie 21 ulice pustoszeją , życie zamiera i większość knajpek jest zamknięta. Zanim udało się nam coś upolować, minęła kolejna godzina. Jedzenie , jak się można domyślić jest pyszne, ale o dziwo droższe niż w Wietnamie za 1 danie trzeba zapłacić od 15 000 do 50 000 kipów ( ok. 7-21 PLN) Najlepiej stołować się w mniejszych, jadłodajniach omijając centrum). Za to, jeśli chodzi o napoje wyskokowe, to Laos słynie z najtańszej na świecie Whisky. Nie mogliśmy uwierzyć, że za 0.7 l tego trunku, Laotańczycy życzą sobie 10 000 kipów, czyli 4,3 PLN (podobno można kupić nawet za 8 000-3,5 PLN). Dokładnie taką samą cenę ma duże Beerlao, czyli laotańskie piwo. (680 ml)
Pierwszy dzień w Laosie postanowiliśmy spędzić na rowerze. To doskonały sposób żeby dotrzeć do większości atrakcji jakie oferuje Louangphrabang. Przemierzając miasto na jednośladzie, zaliczyliśmy większość świątyń ( wstęp do środka to koszt 20 000 Kipów – 9 PLN, właściwie to w pozostałych płatnych miejscach takich jak jaskinia, punkt widokowy cena wynosi też 20 000).
Po południu wytargowaliśmy rejs łodzią po Mekongu. Rafał uparł się ,że chce zobaczyć jaskinię Buddy , która sporo oddalona od miasteczka. Takie 4h pływania to koszt ok. 400 000 za 2 osoby ( 50 000 kipów 1h/os – 21 PLN ) Mieliśmy tylko 250 000 i przypadkiem odkryliśmy genialny sposób na targowanie się.
Po kilku próbach znaleźliśmy przewoźnika, który zgodził się na taką cenę ( ok. 110 PLN) Rejs był wyśmienity, jaskinia umiarkowanie ciekawa, za to z dużo frajdy mieliśmy z baloników zabranych z Polski, które rozdawaliśmy dzieciakom w okolicznych wioskach, do których zawitaliśmy w drodze powrotnej.

Świątynia Wat Ho Pha Bang


Laotańska wioska.


Rafał – Guliwer


27.10.2017 Louangphrabang / Vang Vieng

Laos zaskoczył nas pod wieloma względami. Jest tu biedniej, czyściej ale, przede wsystkim ciszej.Ruch drogowy odbywa się tu inaczej niż w pozostałych krajach tego regionu. Prawie nikt nie używa tu klaksonu, jadąc na rowerze czuliśmy się bardzo bezpiecznie. Może to nie Europa i dalej nikt nie zatrzymuje się na przejściach dla pieszych, ale bardzo kulturalnie wszyscy się wymijają. Ciekawi jesteśmy czy w stolicy też tak będzie. Zaskoczyły nas też ceny dosyć wysokie jak na Azję, ale możliwe, że ma to związek z miejscem w którym jesteśmy, chyba najbardziej turystycznym.
Zaskoczeni jesteśmy też tym, jak tu pięknie. Zdjęcia zupełnie nie oddają klimatu i uroku Laosu. Takie mamy przynajmniej pierwsze wrażenie.
Kolejny dzień na rowerach, jednak tylko do południa bo o 15 mieliśmy busa do Vang Vieng. (120 000 Kipów- ok.50 PLN, 4h jazdy – przemieszczanie się w Laosie też jest droższe).Mieliśmy jechać 4 godziny i 4 godziny jechaliśmy, niespotykane zjawisko.
Hotel w Vang Vien jest już tańszy (40PLN zarezerwowany przez internet. We wszystkich hotelach i guesthousach jest Wi-Fi, najwygodniej bookowac na bieżąco, czyli dzień wcześniej. Najlepiej na 1 noc, tak żeby później móc przedłużyć pobyt, lub szybko uciekać, w zależności czy nam się miejsce podoba, czy nie).
Jutro planujemy wypożyczyć skuter i tym razem już nie odpuścimy.



Na ulicach pusto, nikt nie trąbi… czy to na pewno Azja?


28.10.2017  Vang Vieng

 

Van Vieng, to urocze miasteczko, położone w bardzo malowniczej okolicy. Laos nie ma dostępu do morza, ale doskonale wykorzystuję wszystkie atuty jakie posiada. Co prawa miejsca takie jak Vang Vieng i Louangphrabang są bardzo skomercjalizowane, co niektórym turystom może przeszkadzać, ale i tak warto się w nich zatrzymać, choćby na chwilkę.
Dzisiejszy dzień upłynął nam na wyprawie skuterowej w okolicy Vang Vieng. Wypożyczenie skutera z automatyczną skrzynią biegów -70 000 Kipów-31 PLN, manualna skrzynia 50 000- 22 PLN. Za paliwo zapłaciliśmy 30 000 K , czyli 14 PLN. Cały dzień,to znaczy od 8:00 do 20:00. Podobno turystom nie wolno jeździć po 20:00, policja może nawet wystawić mandat. Poza tym o godzinie 18 i tak tyłki nas tak bolały, że mieliśmy dosyć.
Jeśli chodzi o drogi to w mieście jest asfalt, poza nim już nie koniecznie.
Przez laotańskie wioski prowadzi szutrowa wyboista droga. W okolicy jest wiele jaskiń, punktów widokowych oraz lagun z lazurową wodą z atrakcjami takimi jak tyrolki, zjeżdżalnie, kajaki, dmuchane koła itp. Takie wesołe miasteczka na wodzie.
Nam przede wszystkim zależało na punkcie widokowym o którym przeczytaliśmy w LP.
Jednak zgubiliśmy się trochę i w sumie na dobre nam to wyszło, bo trafiliśmy na inny punkt widokowy i zupełnie sami mogliśmy podziwiać widoki.Nie było tam ani jednego turysty.
Dzień minął bardzo szybko, wieczorem zapuściliśmy się na drugą stronę rzeki, gdzie na podestach z malutkimi stolikami delektowaliśmy się lokalnymi specjałami. Tu też nie było zbyt wielu turystów, przynajmniej z Europy. Za to poznaliśmy Tana i Pata z Tajlandii i całą kilku Laotańczyków, którzy próbowali pomóc nam rozszyfrować menu, które było ,o dziwo, tylko w języku laotańskim.
Rezultat był taki, że dalej nie wiemy co zjedliśmy, grunt że było smaczne.



Skuterowe zwiedzanie Vang Vieng i okolic.


Punkt widokowy.


Skuterowe zwiedzanie Vang Vieng i okolic.


Skuterowe zwiedzanie Vang Vieng i okolic.


Restauracja nad brzegiem Nam Song.


29.10.2017  Vang Vieng -Vientian

Dziś dzień tranzytowy. O 11 mieliśmy busa do stolicy. Przejazd trwa ok. 4h.( bus Vang Vieng -Vientian: 50 000 K-22 PLN +20 000 K za tuk tuka do centrum – ok. 8km). Więc ani rano, w Vang Vieng, ani po południu, w Vientian, nic konstruktywnego nie udało się nam zrobić. Jesteśmy też lekko przeziębieni, przez zmiany temperatur. Na dworze upał, w pomieszczeniach klimatyzacja, a busy to istne chłodnie na kółkach. Warto przed wyruszeniem w podróż busem, wyciągnąć bluzę z plecaka. Wieczorem wybraliśmy się na nocny market nad Mekongiem. Siedzieliśmy na brzegu rzeki i podziwialiśmy zachód słońca nad Tajlandią.
Jutro ruszamy do Bangkoku.

Vang Vieng


30.10.2017  Vientian
Dziś żegnamy się z Laosem. Miał on być tylko krótkim przystankiem między Wietnamem a Tajlandią. Na nasze szczęście wyszło inaczej i udało się nam zostać w Laosie dłużej niż początkowo planowaliśmy.
W Azji często można się pozytywnie zaskoczyć, zwłaszcza jeśli nie ma się zbyt wysokich oczekiwań. Czasem oczywiście sytuacja bywa odwrotna, szczególnie w przypadku bardziej komercyjnych miejsc. My nie mamy na co narzekać. Najmniej interesującym miejscem na naszej trasie okazał się Vientian. Spodziewaliśmy się tego, chociaż i tu pewnie można odkryć piękne miejsca, tylko potrzeba na to czasu, którego my już niestety nie mieliśmy.
Jeśli chodzi o transport do Bangkoku to cena biletu łączonego (bus, pociąg do granicy , pociąg z granicy do stolicy Tajlandii) w hotelach i biurach turystycznych to koszt ok. 240 000- 300-000 K/os, 106- 130 PLN, tych tańszych trzeba trochę poszukać (np. w menu restauracji Little Hanoi) Oczywiście można też bilety kupić przez internet i dojechać na własną rękę, ale wydaje się nam, że cenowo wychodzi podobnie.
To nasza pierwsza granica kolejowa. Jakoś dziwnie to wszystko jest tu zorganizowane. Najpierw, dojazd do granicy laotańskiej i, o zgrozo, kolejne okienko gdzie trzeba było uiścić opłatę w wysokości 10 000 K !!!!
Oczywiście wszystkie pieniążki już wydaliśmy. Znowu musieliśmy zapłacić w dolarach ( 3$ za 2 osoby).Poczuliśmy się wydojeni.
Następny był pociąg który jechał na granicę tajską.Przejazd trwał 15 min, a czekaliśmy na niego 1,5h…….
Formalności po stronie tajskiej przebiegły bez problemów i bez żadnych dodatkowych opłat.
Ostatnim etapem był nowy i wygodny pociąg sypialny. Mięciutkie materace, czysta pościel, woda dla każdego pasażera, no i co najważniejsze, brak karaluchów.
Tym razem udało nam się wyspać.

 

 

Vientian

31.10.2017  Bangkok

Jesteśmy już w Bangkoku.
Bardzo lubimy to miasto. Zwiedzaliśmy je 5 lat temu, dlatego teraz postanowiliśmy odpuścić sobie latanie po wszystkich zabytkach i miejscach turystycznych typu “must see”. Cały dzień spędziliśmy na spacerze, rozkoszując się klimatem Bangkoku.
Przedwczoraj zakończyła się, trwająca rok, żałoba po śmierci króla Tajlandii. Widocznie część uroczystości jeszcze trwała, ponieważ na ulicach poustawiane były instalacji ze zdjęciami monarchy, a część ulic została zablokowana. Dziś jest haloween, więc na Khao San Road pełno przebierańców. Ta ulica to jedna wielka impreza. Przebalowaliśmy trochę Bathów, i w miarę wcześnie wróciliśmy do domu bo jutro wybieramy się na zwiedzanie wodnego marketu.
Nocleg mamy sprawdzony z poprzedniego wyjazdu. (New Joe Guest House okolica Khao San Road, 500 THB /ok 50 PLN za pokój z łazienką ,klimatyzacją i codziennie dwoma pysznymi mohito w cenie.)

Bangkok


01.11.2017  Bangkok – Targowiska

Dziś zwiedzamy targi. Tajlandia to kraj gdzie turysta nie musi się o nic martwić. Wystarczy, że powie co che robić i wszystko się samo organizuje. Czasem nawet nie musi nic mówić….
Hotele/hostele /guesthousy dysponują pomocą dla podróżujących, oferując wycieczki, transport, wizy, imprezy itp.
U nas, jest bardzo miła pani Tajka, która wyposażona w segregator z wycieczkami pomaga zorganizować czas wolny. Jako, że zwiedzaliśmy Bangkok wcześniej, tym razem wybraliśmy się na krótką wycieczkę na Maeklong Railway Market, czyli targowisko przez które przejeżdża pociąg i Damnoen Saduak Floating Market – targ na wodzie. (350 THB ok.35 PLN). Tak więc , wodny market, jak to wodny market, wszystko zorganizowane pod turystę. Za to rejs łódką po rzece zapewnił nam nie zapomniane emocje, sternikowi wydawało się, że płynie motorówką … wesołe miasteczko wysiada.
Dziś Kasia z Tomkiem lądowali w Bangkoku, mieli u nas zostawić bagaże, ale umówieni nie byliśmy. O 15:30 pomyśleliśmy, że już nie ma szansy żeby do nas dojechali i wyszliśmy z hotelu. Wielkie było nasze zdziwienie, kiedy idąc po zatłoczonych uliczkach, usłyszeliśmy donośnie :”Kasiaaa , Rafaaaaał”
Znaleźli nas, nie wiem jak to się stało ale nas znaleźli. Mieli tylko godzinkę na zostawienie bagażu i odświeżenie się. Lot do Siem Reap mieli za 2,5 h.
Jutro znowu się spotkamy, tym razem na dłużej.

 

Damnoen Saduak Floating Market




Maeklong Railway Market


02.11.2017  Ayutthaya

Znowu pobudka o 6:30. Mamy wrażenie, że średnio wypoczywamy, przynajmniej fizycznie. Za to te kilkanaście dni spędzonych w Azji pozwoliło się nam oderwać od Polskiej, listopadowej rzeczywistości. Ciężko będzie wracać, ale na razie, staramy się o tym nie myśleć.
Tym razem jedziemy do Ayutthaya, to dawna stolica Tajlandii, a właściwie Syjamu. Bardzo nam się tam podobało. Podobno najlepiej, Ayutthayę, zwiedzać na rowerze. Niestety nie mogliśmy tego sprawdzić, ale faktycznie wydaje się być to ciekawym rozwiązaniem. My wyruszyliśmy z Bangkoku. Całodniowa wycieczka kosztowała nas 550 THB (55 PLN/osoba) z obiadem i biletami wstępu do świątyń.
Wieczorem, wrócili do nas Kasia i Tomek.
Jutro czeka nas nocny pociąg do Surat Thani i prom na Koh Phangan.( ok.900
THB – 90 PLN ) To będzie długa noc, bo tym razem wybraliśmy sleepera, ale z wentylatorem zamiast AC, za to 30 PLN taniej.

Ayutthaya


03.11.2017  Bangkok 

 

No i jesteśmy w komplecie. Zabraliśmy się za zwiedzanie, bo Kasia i Tomek w Bangkoku jeszcze nie byli. Tak więc odhaczamy kolejne miejsca, których i my nie widzieliśmy. Wat Pho , był naszym głównym celem w dniu dzisiejszym. Można się tam dostać z centrum ( właściwie jednego, z wielu centrów Bangkoku ) na kilka różnych sposobów. Najdroższa, wydaje się najtańsze wersja. Czyli Tuk Tuk, który oferuje objazd po najważniejszych atrakcjach miasta za jedyne 20 THB ( 2 PLN), co uznaliśmy za lekko podejrzane. No i faktycznie, Tuk Tukiem, można jechać za 20 THB, jeśli damy się zawieźć na łódkę, której rejs kosztuje 500 THB -50 PL ( po targowaniu 300 THB). Nie ma to najmniejszego sensu, bo z przystani nr. 13 (najbliżej naszej lokalizacji) , do większości atrakcji turystycznych, można dopłynąć tramwajem wodnym za 1,5 PLN, czyli 15 THB. Myślimy, że frajda porównywalna, a pozostałe w kieszeni pieniążki, wykorzystać można w lepszy sposób.
Wstęp do Wat Pho 100 THB, w cenę jest wliczona butelka wody. Znajduje się tam największy leżący budda, ma aż 46 m. Następnie chińska dzielnica, nie wiem czego my się żeśmy spodziewali, ale przypominała nam raczej bazar na Wólce. Mydło i powiodło, a raczej sokowirówka i wiatrówka. Wieczorem ruszamy w drogę na wyspy.
Pociąg okazał się nie taki zły jak myśleliśmy. Standardem różni się trochę od tego z AC.( tak jak by porównać Pendolino do TLK) Ale przynajmniej nie spaliśmy w lodówce.

Świątynia Wat Pho


Chinatown w Bangkoku.


 

W drodze do Surat Thani.


04.11.2017  Koh Phangan

Podróżowanie na własną rękę, ma to do siebie, że jak już się raz zacznie to potem ciężko wyobrazić sobie jakąkolwiek inną formę spędzania wolnego czasu. Przynajmniej my tak uważamy.
Czasem jednak, wkradają się myśli: Czemu tak utrudniamy sobie życie?
Szybko jednak znajdujemy odpowiedź na to pytanie 🙂 Cena lekkich niedogodności jest bardzo niska, wzamian za poczucie wolności, czyli poznawania miejsc, które odwiedzamy w swoim tempie i na swoich zasadach.
Takie sytuacje jak dziś, powodują, że nasze poczucie kontroli nad własnym czasem znika.
Ale od początku.
Pociągowa podróż z Bangkoku do Sarut Thani przebiegła bardzo sprawnie. (Pociąg, bus, prom : cena 925 THB/ os czyli trochę ponad 90PLN). Pzesiedliśmy się do busa który miał nas zawieść na prom. No i tu zaczęły się schody.

Autobus spóźnił się 2 minuty. Zanim się zorientowaliśmy, prom odpłynął ….
Miał wyruszyć o 10, następny dopiero o 14, byliśmy uziemieni w porcie na następne 4h. Na miejscu znaleźli byśmy się dopiero o 16:30. Oprócz nas w podobnej sytuacji znalazło się też 6 innych osób.
Rozmowy z obsługą, przynajmniej nasze, nic nie wskórały. Rozwiązanie przynieśli nam pozostali.
Udało się im wynegocjować możliwość popłynięcia o 11 na sąsiednią wyspę, Ko Samui , a z niej kolejnym promem o 14 na Koh Phangan. Na miejscu mieliśmy znaleźć się o 15:30, czyli 1h wcześniej niż w pierwszej wersji.
Nie wiem jak to się stało, korków raczej nie było, pogoda wydawała się dobra, a i tak do portu docelowego dopłynęliśmy o 16:30. Cały dzień spędziliśmy na wodzie. Zawsze to lepsze niż czekanie w porcie, ale ta sytuacja po prostu nie miała dobrego rozwiązania. Nie dane nam było nacieszyć się jedynym słonecznym dniem na wyspie.

Jutro ma padać deszcz.

 

Prom na Koh Phangan – ostatnie chwile ładnej pogody.

 

Koh Phangan


 

Koh Phangan – Jungle Hut Bungalows


05.11.2017 Koh Phangan
Padało. Padało trochę, potem trochę bardziej, przestało, tylko po to żeby za chwilę zacząć od nowa.
Mieliśmy chwilę załamania i szukaliśmy już nawet lotów na drugą stronę lądu, ale tam też pada. Pada również w Malezji i Kambodży. Poddaliśmy się.
Postanowiliśmy cieszyć się tym co mamy.
A mamy ładne chatki w bardzo przyjemnym resorcie Jungle Hut Bungalows ( rezerwowane przez internet za ok. 2400 THB za 2os/4dni czyli ok. 30 PLN osoba/noc.
Początkowo zarezerwowaliśmy tańszą chatkę, na palach, trochę mniejszą za to bardziej klimatyczną. Ale klimat okazał się taki, że było tam wiele szczelin, którędy dostała się do środka cała fauna z wyspy. Z wieloma okazami spokojnie byśmy sobie poradzili, ale kiedy Rafał chciał skorzystać z toalety, okazało się, że jest zajęta przez pokaźnych rozmiarów “tarantulę”. Szybko zdecydowaliśmy się zamienić chatki.
Zwiedzanie wyspy rozpoczęliśmy od spaceru który co chwilę przerywał deszcz, czasem na krótko, ale zdarzyło się nam, też utknąć pod sklepem na dobre pół godziny. Na całe szczęście jest ciepło.
Wieczorem przestało padać, nawet na chwilę pokazały się gwiazdy, więc postanowiliśmy się wykąpać.
Jutro ma być gorsza pogoda…

 

 


 

Koh Phangan


06.11.2017 Koh Phangan -Same same but different

“Same same but different” jak mawiają Tajowie.
Dziś znowu padało, z tą tylko różnicą, że bez przerwy.
Na szczęście dzień uratował nam malowniczy zachód słońca.
Mamy nadzieję, że jutro będzie lepsza pogoda.

Koh Phangan


07.11.2017 Koh Phangan 

Znowu padało… Tym razem postanowiliśmy nie dać się pogodzie. Wypożyczyliśmy skutery (200 THB ok. 20 PLN jeden) i pojechaliśmy zwiedzić tą deszczową wyspę. Zdążyliśmy przejechać ze 4 km i deszcz przybrał na sile, na tyle, że musieliśmy się zatrzymać.
‎Trafiła się nam wiata na farmie krokodyli. Pół godziny, 3 fotki i 1 filmik z krokodylami w roli głównej i pojechaliśmy dalej. Deszcz ciągle padał ….Udało się nam dojechać do miejsca, gdzie ląd łączy się z wyspą Ko Ma. Tam o dziwo też padało. Właściwie nie chodziło nam już widoki, ale dość mieliśmy siedzenia w jednym miejscu, i bycia uziemionymi przez ulewę.
Kiedy deszcz zelżał, ruszyliśmy z powrotem. Opady nasiliły się najbardziej w miejscu gdzie nie było się gdzie zatrzymać. Zmoczyło nas tak, że nawet majtki mieliśmy mokre. Jazda na skuterze to najlepsza forma zwiedzania wysp. Cena za przejazdy taksówką są bardzo wysokie. Tajowie liczą sobie 200 THB za przejazd 1 osoby, da się stargować do 125 THB, jeśli jedzie więcej osób, co stanowi równowartość wypożyczenia motoru. Na Ko Samui cena przejazdu jest tańsza 150 THB /os
Jazda skuterem, oprócz kosztów, ma też inne zalety. Przede wszystkim to świetna zabawa.
Na obiad, do portu, również pojechaliśmy skuterami. Próbowaliśmy różnych grillowanych pyszności i lokalnych słodyczy, coś jak andruty z ciągnącą się bezą. Wszystko bardzo smaczne.
Wieczorem wybraliśmy się na przejażdżkę po wyspie, bo wreszcie przestało padać. 3 flaszki paliwa później trzeba było wracać. Mimo kiepskiej pogody to był całkiem udany dzień.

Koh Phangan


08.11.2017 Koh Samui

 

Dziś rano popłynęliśmy na Ko Samui. Nie tracąc optymizmu, liczyliśmy na poprawę pogody. I faktycznie o 8:30, kiedy dojechaliśmy do naszego nowego miejsca zamieszkania, wyszło słońce. Na 5 minut, ale wyszło 🙂 Silver Beach Resort mieści się po wschodniej stronie wyspy. Położony jest nad malutką , ale bardzo piękną plażą Silver Beach. Nie był najtańszy, ale zależało nam na dobrej lokalizacji , ze względu na krótki czas jaki mamy do wykorzystania na tej wyspie. ( 900 THB 2os/noc ok. 90 PLN Pokoje są tu bardo duże z łazienką, lodówką, klimatyzacją i tarasem. Niewątpliwym atutem jest też przepięknie położony basen, tuż nad samą wodą ) Wyspa jest dużo większa niż Koh Phangan i mniej klimatyczna. Ale trzeba przyznać, że wybrzeże wygląda wspaniale. Zwłaszcza w słońcu.

Silver Beach – Koh Samui


09.11.2017 Koh Samui

 

Wreszcie doczekaliśmy się słońca. Po czterech dniach mniej, lub bardziej intensywnego deszczu, udało się nam zobaczyć tajskie plaże w całej okazałości.
Mimo, że widoki były naprawdę piękne, szybko okazało się że, kiepska pogoda, miała jednak swoje plusy. O ile rano pusta plaża wyglądała jak raj na Ziemi, to po południu zaludniła się turystami po brzegi. Gdyby cały czas było ładnie, pewnie nawet byśmy nie zwrócili na to uwagi, ale mając wcześniej całą plażę dla siebie doceniliśmy i te chwile które początkowo wydawały się mniej przyjemne. Po południu zmieniliśmy plażę na oddaloną ok. 2 km plażę Coral Cove, małą, ale bardzo klimatyczną.
Jutro niestety wracamy do Bangkoku.

 

 

Silver Beach – Koh Samui




Coral Cove – Koh Samui


 

Silver Beach – Koh Samui


10.11.2017 Bangkok
Z Ko Samui do Bangkoku można się dostać na kilka sposobów. Najprostszy, ale niezbyt tani, to samolot. Kolejny to pociąg + prom, ten z kolei niezbyt szybki, sprawdzony poprzednio. Tym razem wybraliśmy opcję trzecią. Bilet łączony( prom + bus na lotnisko + samolot) ok. 100 PLN + opcjonalnie 25$ za większy bagaż. Można taki bilet zakupić bezpośrednio na stronie Air Asia, lub w jednym z wielu biur na wyspie. Zadziwiające jest to, jak Azjaci radzą sobie z organizacją tego typu transportu. Oklejają turystę jak bagaż i tylko przekazują do kolejnych pojazdów. Niby straszny chaos, ale jakoś to działa.
Do Bangkoku dolecieliśmy na 14 (cała podróż zajęła nam 7h) Z lotniska Don Muang co 30 minut, prosto na Khao San Road, jeździ autobus B4.( co 30 minut , oczywiście jeśli nie ma korków, co w Bangkoku jest raczej niespotykane 🙂
Ostatnią noc w Bangkoku spędziliśmy na szwendaniu się po uliczkach i kosztowaniu tajski specjałów. ( Durian-najbardziej śmierdzący owoc na świecie-nawet smaczny. Robale typu larwy ujdą, ale nic specjalnego. Świerszcze smakują jak patyki z vegetą. A na deser pyszne lody kokosowe. Rozstrój żołądka gwarantowany, ale co tam, to ostatnia noc więc trzeba zaszaleć.) Robale kupują wyłącznie turyści i traktowane są raczej jak atrakcja, a nie posiłek. Za to pozostałe uliczne stragany, gdzie jedzenie jest przygotowywany na naszych oczach, serwują pyszne tajskie dania. Najpopularniejsze to oczywiście Pad Thai (40-55 THB- 4-5,5 PLN).

 

 

Khao San Road – Bangkok

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *